Życie jest jak pudełko czekoladek – to mało!
„Moskwa, Belgia” w reżyserii Christophe van Rompereya to pozornie lekki film o miłości. Miejscami śmieszny, miejscami niemalże tragiczny, ale co najważniejsze niosący za sobą arcypozytywne przesłanie.

Historia opowiada o przeciętnej belgijskiej rodzinie, gdzie kobieta – matka – głowa rodziny (Matty), oprócz pracy zawodowej jest od wszystkiego innego. A na dodatek mąż postanowił poddać w wątpliwość istnienie ich małżeństwa, gdyż na horyzoncie pojawiła się 20 letnia studentka. Wydaje się, że bohaterka znosi to dzielnie i jedyne czego pragnie (poza powrotem męża, którego zachowanie tłumaczy kryzysem wieku średniego) to święty spokój. Ale na spokój nie może liczyć po tym, jak w bagażnik jej samochodu wjechał tirowiec o aparycji wikinga. Bohaterka dzielnie odpiera jego zaloty, do czasu kiedy zgadza się na jednego drinka. Od tego momentu, wbrew jej woli, życie znowu nabiera kolorów…
Rewelacyjnym wprost tłem całej historii są oryginalne dzieci, w tym szczególnie siedemnastoletnia córka, która niczym rezoner uświadamia starszym ich niejednokrotnie dziecinne zachowania. Ponadto jej urocza nieufność wobec wszystkich umacnia widza w przekonaniu, że to zwykli ludzie, którzy nigdy nie wiedzą do końca jak rozegrać swoje życie.

Oprócz historii, która naprawdę trzyma w napięciu (częste zwroty akcji) atmosferę budują urocze lokalne smaczki (choćby to, że młodzież bawi się z emerytami w jednym barze). Obraz ten potwierdza, że można zrobić film romantyczny z elementami komedii nie trywializując tematu, ale zmywając im makijaż pokazać najprawdziwszych ludzi z krwii i kości.
Premiera światowa już dawno za nami (2008 rok), w Polskich kinach 15 kwietnia. Gorąco zapraszamy!
Tekst: Irmina Kalotka
foto: materiały prasowe

