Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny.
Szkoda, że dystrybutor zdradza nam fabułę, gdyż mógł pominąć drugą część tytułu. Nie każdy przecież powieść Manna czytał. Pierwszą rzeczą, która niewątpliwie zwraca uwagę jest pełna sala Muranowa. Film, po zapoznaniu się z ulotką, zakrawa po prostu na kolejną sagę rodem z sobotniego poranka w TVP2. Specyfika filmów kostiumowych jest taka, że są one utrzymane w charakterystycznej konwencji, przez co mało uniwersalne i zwyczajnie nużące. Chyba, że ktoś naprawdę jest fanem tego typu kina.
Z Buddenbrookami jest tak, że przekonać powinni każdego, nawet największego antyfana filmów kostiumowych. I wcale nie tym, że wychodzą z konwencji. Po prostu „robią ją” arcydobrze. Nie zdradzę wiele mówiąc, że to historia kupieckiej rodziny z Lubeki (realia handlu i ówczesnej ekonomii ukazane zresztą bardzo przystępnie). Osią fabuły jest trójka bohaterów, rodzeństwo, z których każde jest inne, ale łączy ich niewidzialna nić, a w zasadzie rama, w której muszą funkcjonować. Tony, siostra, marzy o wielkiej miłości, która jednak jak się zdaje wymaga zbytniego oddalenia się od utartego zwyczaju, na co będąc członkiem takiej rodziny nie można sobie pozwolić. Thomas, najstarszy brat, na barki którego spada wielkie przedsiębiorstwo rodzinne, nie ma w sobie żyłki handlowca, boi się podejmowania odważnych decyzji, co w czasach kryzysu sprawia, że los firmy staje się niepewny. Wreszcie Christian, młodszy brat, którego cała ta poprawność, maniery i fałsz męczą, jest zbuntowany, ale tak naprawdę jest to ciągle bunt w pewnych ramach.
Ciekawa historia, piękna scenografia, muzyka i stroje. Kostiumówka w dobrym stylu. I co ważne 150 min. to naprawdę absolutne minimum.
Irmina Kalotka


